Pytania do wywiadu

 

Najpierw kilka uwag wstępnych.

Po pierwszym przeczytaniu listy pytań miałem ochotę raczej nie odpowiadać na żadne z nich. Za chwilę wyłuszczę najważniejsze z powodów tej niechęci. Zanim do nich przejdę, parę słów, dlaczego jednak zdecydowałem się na odpowiadanie. Otóż dlatego, że sam byłbym ciekawy jakie będą wnioski z badań socjologicznych społeczności buddyjskiej w Polsce. Pewno, gdybym to ja prowadził badania, zadałbym całkiem inne pytania, ale nie prowadzę badań. Wolałbym się dowiedzieć jaki jest portret socjologiczny polskiego Buddysty. Jednak pytania są jakie są. Ponadto ucieszyłem się z tego, że w naszym mono - religijnym kraju, czasem wydaje mi się, że adekwatniejszym określeniem Polski byłoby - „bardzo katolicka”, że w takim oto kraju, ktoś zadaje sobie trud zbadania mniejszości religijnej. I w tych wysiłkach trzeba chyba wspierać każdego, kto taki trud podejmuje. Dlatego jednak odpowiadam. Odpowiadam bez większej wiary w sensowność i przydatność moich odpowiedzi, ale co tam. Traktuję te odpowiedzi jako ćwiczenie, że tak powiem, retoryczne. Ćwiczenie w odpowiadaniu, nie wierząc, że dam radę cokolwiek sensownego powiedzieć.
Co więcej odpowiadanie na pytania tej ankiety robi taki mały, milutki zakręt. Otóż z osoby doświadczającej i badającej rzeczywistość (a za takiego się miewam) staję się obiektem badania. Co pokazuje, że wszystko jest powiązane. Nie ma różnicy.
Dlaczego odpowiadanie na takie pytania jest dla mnie trudne. Po pierwsze dlatego, że Zen jest dziedziną całkowicie niepodatną na badania ilościowe. Bo jakże badać transformację MOJEJ świadomości, czy też świadomości W OGÓLE porównując ją z innymi ludźmi? Cały wysiłek w Zen jest skierowany, o ile w ogóle na coś poza samą praktyką, na wewnętrzną, cichą rewolucję, na zmianę samego siebie, swojego pojmowania świata, siebie. Nie jest to cokolwiek, co nadawałoby się do porównań, a zwłaszcza porównań ilościowych.

Po drugie dlatego, że moje rozumienie Zen jest dynamiczne. Zmienia się czasem w ciągu kilku godzin, czasem jedna, dwie rundy medytacji kompletnie wywracają moje widzenie i rozumienie Zen i świata. Wiem, że to co myślałem i rozumiałem kilka lat temu, było zupełnie inne niż to, co myślę i rozumiem teraz. Jak zatem dać prawdziwą odpowiedź, wiedząc, że za czas jakiś na te same pytania z pewnością odpowiedziałbym albo zupełnie inaczej, albo w ogóle nic bym nie powiedział? Ba, nawet innego dnia, odpowiadając komuś innemu, w innym kontekście, powiedziałbym coś innego. Bo sens rozmowy w Zen jest jeden: Prawda albo, mówiąc „po naszemu”, Dharma. A ponieważ jej nie znam, to błądzę, zmieniam zdanie, czasem nie mam zdania w ogóle.

Po trzecie dlatego, że Zen wymyka się słowom. Jakkolwiek jest wiele książek o Zen, to są jednak one pisane przez Mistrzów, a tym nie jestem. Sens słów w Zen jest zawarty w relacji z innym człowiekiem, światem, ze mną,  tak myślę. Zen to przekaz bez słów, z umysłu do umysłu. Zatem, po co w ogóle otwierać usta? A jeszcze bardziej, po co cokolwiek pisać? Zen jest tym, co się WYDARZA i DZIEJE w tej dokładnie chwili. W chwili kiedy, to piszę, a nie tym, co o tym mówię. Innymi słowy Zen, w moim rozumieniu, nie ma specjalnego sensu w mówieniu, w słowach. Chyba, że ktoś naprawdę chce się czegoś o Zen dowiedzieć. Ale wtedy odsyłam takie osoby albo do nauczyciela, albo na poduszkę do Zendo. A na pewno nie mówię, że warto praktykować Zen, czy cokolwiek innego. Nie zachwalam Zen, bo nie ma potrzeby.

Po czwarte, o ile dobrze pamiętam w metodologii badań psychologicznych istnieje pojęcie „paradoksu psychometrycznego”. Moje rozumienie tego pojęcia jest, dodam, że nie wiem czy prawidłowe, ale jak najbardziej nadaje się do tematyki tej ankiety, moje rozumienie jest następujące: im dokładniej coś mierzymy tym mniej dokładnie wiemy, co mierzymy. I w drugą stronę, im dokładniej wiemy, co mierzymy, tym trudniej to przełożyć na liczby i miary. Anegdotycznie można podać, że najlepsze i najdokładniejsze testy inteligencji mierzą inteligencję definiowaną w następujący sposób: inteligencja to jest, co mierzy test inteligencji. A więc nie wiadomo co lub też, po prostu, wynik testu. Używając języka metodologii: trudno pogodzić rzetelność i trafność. Przekładając to na badanie Buddyzmu Zen: im będziemy bliżej Zen, tym będziemy dalej od liczb. Albo, im więcej liczb uda nam się określić, tym bardziej oddalimy się od Zen. Innymi słowy, na wstępie trzeba porzucić nadzieję, na zbadanie Zen za pomocą liczb czy czegokolwiek innego poza osobistą praktyką i wglądem. Nawet metodologia badań to zaświadcza.

 

A zatem, skoro jednak zdecydowałem się odpowiadać, to jedziemy.

 

1. Czy żyje Pan/Pani zgodnie z filozofią Buddyzmu?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć „tak” lub „nie” na tak postawione pytanie. Spróbuję wyłuszczyć dlaczego nie potrafię odpowiedzieć oraz może w końcu do jakiejś odpowiedzi dojdę.
• Ja jestem, użyję przyjętego zwrotu, studentem Zen. Zen, dla mnie, nie jest filozofią w związku z tym choćbym nawet chciał, nie dam rady zgodnie z nią żyć, bo takiej filozofii nie znam. Tak więc odpowiedź brzmi: nie żyję zgodnie z filozofią Buddyzmu Zen. Bo to niemożliwe.
• Zen jest głównie praktyką, której cel też nie jest dla mnie zbyt jasny, natomiast jej reguły, reguły tej praktyki są dość jasne i zgodnie z nimi praktykuję: medytuję, jeżdżę na odosobnienia etc. Tak więc odpowiedź na pytanie w tym wypadku brzmi: Tak.
• Dla mnie Zen, na ten moment jego rozumienia, to głównie praktyka uważności, obecności w chwili aktualnej, podążanie za życiem takim jakie ono jest. A taka sztuka nie jest łatwa, tak więc odpowiedź na pytanie brzmi: czasem tak, czasem nie. Czasem jestem uważny, przytomny, świadomy, a czasem zupełnie nie. Odpowiadając na pytanie: zdarza się, że tak, zdarza się, że nie.
• Moje rozumienie Zen, nauk Mistrzów zmienia się. Czasem czytam tę samą książkę po kilka razy, a za każdym razem inaczej ją rozumiem. Więc powstaje pytanie, które rozumienie książek czy nauk było prawidłowe? A więc kiedy żyłem zgodnie z filozofią Zen, wtedy kiedy czytałem coś po raz pierwszy, czy po raz czwarty? Tak więc tym razem odpowiedź na pytanie będzie brzmieć:  nie wiem.
• I ostatnia uwaga, zgodnie ze słowami samego Buddy, no i wszystkich jego następców, każdy z nas jest już Buddą. Każdy z nas, a zatem i ja, chce czy nie chce, żyje zgodnie z filozofią Zen. Nie można inaczej. Zen to życie, takie jakie ono jest, trudno więc nie żyć zgodnie z życiem takim jakie jest. Tym razem odpowiedź na pytanie brzmi: tak.

Sugeruję badaczowi wybrać, co mu bardziej pasuje. Mnie najbardziej pasuje odpowiedź; trochę tak, trochę nie. Albo zarówno tak i nie.

Jeszcze kilka refleksji. Tak jak rozumiem Zen na ten moment, to jest to dla mnie praktyka, która wsiąka w codzienne życie. Dość daleka od filozofii, a nawet z filozofii wyprana, za to bliższa uważności i świadomości. Uważności czyli skupienia na chwili obecnej, obecności w pełni w tym co się dzieje w tej właśnie chwili. A świadomości czyli wiedzy i rozpoznaniu tego, co się ze mną dzieje, co wyrabiam, albo nie wyrabiam. Bez ocen – po prostu przyjmowaniu do świadomości, bez specjalnego tłumaczenia się ze swoich wzlotów i upadków. Zen jest mieszanką tych dwóch stanów. Jak mi odbija, to odbija, z pełnym zaangażowaniem w to „odbijanie się”, z pełną świadomością, że to właśnie się dzieje. Bez prób naprawy tego stanu, raczej z konstatacją: „Ach, ale świruję”, może do tego dojść jeszcze coś takiego: „Najwyraźniej nie jestem taki wspaniały jak czasem o sobie myślę”, albo cokolwiek innego. A zatem obecność i przyjmowanie tego, co w tej pełnej obecności się pojawia. Niezależnie od tego czy to tzw. „dobre” czy „złe”. Bardzo mi tu pasuje metafora Chogyama Trungpy Rinpoche, że taka mieszanka uważności i świadomości, to tak jakby wypuścić dziką krowę na pastwisko, wielkie i przestronne pastwisko. Niezależnie od tego jak krowa szaleje, pastwisko jest wystarczająco duże, żeby pomieścić te wszelkie szaleństwa. Tym jest Zen na co dzień, praktyka jaką odbywam. Nie daję rady, rzecz jasna, 24 godziny na dobę. Czasem chwilę wchodząc po schodach, czasem stojąc w korku, czasem w innym momencie. Z tego punktu widzenia regularne siedzenia, albo dłuższe odosobnienia są pięknym luksusem, są kurortem i wielką wygodą. Bo wtedy dystraktorów jest mało, wszyscy pomagają. No w ogóle jest super.

Zasadnicze pytanie nie jest zatem takie jak postawione w tej ankiecie, ale bliższe pytaniu: Kim jestem? Tak naprawdę kim jestem? Co jest poza tym, co przyjmuję jako siebie? Czy coś tam jeszcze jest? Tam jest pustka, ale co jest poza nią?

Innymi słowy filozofia Zen, o ile w ogóle coś takiego jest, ma się nijak do mojego życia. Moje życie to trud albo radość odkrywania wszystkiego od nowa, każdego dnia. Jak najdalej od prób skategoryzowania tego w jakieś pojęcia filozoficzne, czy opierania się na jakichkolwiek pomysłach systemów filozoficznych. To wejście w życie i próba uchwycenia go POZA filozofią właśnie. Nawet, a być może zwłaszcza, poza tym, co właśnie napisałem.

 

2. Jak Buddyzm wpłynął na Pana/Pani życie?
Obawiam się, że i tym razem moja odpowiedź nie popchnie badań socjologicznych do przodu. Trudno. Proszę o wyrozumiałość. Może kilka pomysłów do odpowiedzi znajdzie się pod tym adresem: http://www.pustka.pl/x.php/1,494/Sonoma-i-San-Francisco.html albo szerzej pod adresem:
http://www.pustka.pl/x.php/1,327/KAIIN.html

Ale dla badań spróbuję zrobić zestaw wpływów na moje życie:
• Kompletnie nie rozumiem chrześcijaństwa, tak mi się zrobiło od kiedy praktykuję. A najmniej rozumiem: grzech pierworodny, niepokalane poczęcie, ideę Boga, trójcę świętą, konieczność mszy co niedzielę i wiele innych rzeczy. Dość istotny wpływ – katolicyzm stał się dla mnie pełną egzotyką.
• Jestem absolutnie pewien, że najważniejsze odpowiedzi już znam, są, że tak powiem, we mnie. Mało mnie interesuje zdobywanie pieniędzy, zaszczytów, czy czego tam jeszcze. Odkrywam bez jak wielu rzeczy mogę być absolutnie szczęśliwy. Aż się boję tego zidiocenia, ale tak się mi porobiło.
• Czasami bardzo się cieszę, że nic nie rozumiem, że wolność jaką daje „nic niewiedzenie” jest przepiękna, nie mam też ciągu na „wiedzenie”, choć pewno coś niecoś więcej kumać by się chciało. Choć nie - bardzo chcę wiedzieć i rozumieć. Tak, bardzo. Mam ciąg na „wiedzenie.” Jak widać często zmieniam zdanie, w zasadzie to chyba nie mam zdania w ogóle.
• Zdarza mi się wymądrzać, często bez potrzeby. Jak choćby w tej ankiecie.
• Czasem przeżywam nieopisaną radość, błogość, przejrzystość, a do tego w najdziwniejszych okolicznościach. Ostatnio kiedy szedłem dziurawym chodnikiem, po błocie, po brudnych podwórkach w mieście Sztum. To było naprawdę piękne doznanie. Błoto lśniło w słońcu jak srebro. Ludzie byli tacy piękni. Jeśli ktoś nie wierzy, niech pojedzie do Sztumu, to niedaleko od Trójmiasta.
• Płaczę na większości filmów. Wstyd. Aż się boję chodzić do kina. Najgorsze są filmy dla dzieci. Na „Madagaskar 2” zryczałem się jak bóbr. Częściowo tylko ze śmiechu.
• Kompletnie nie chce mi się pracować, choć to niekoniecznie wpływ Zen, a raczej wypalenia zawodowego czy czegoś innego. Jednakowoż studiowanie Zen nie ułatwia mi zagłębiania się w codzienne, rutynowe czynności intelektualne, a na tym polega moja praca.
• Co pewien czas, a w zasadzie prawdę mówiąc, stale, tyle, że z różnym natężeniem, przeżywam coś w rodzaju trzęsienia ziemi. Ten stan polega na tym, że nagle zaczyna mi brakować jakichkolwiek punktów odniesienia w życiu: co jest wartościowe, do czego dążyć, o co chodzi w tym życiu etc. Słowem wszelkie zwyczajowe znaki drogowe przestają obowiązywać. Nie wiem, na ile takie stany biorą się z mojej specyficznej konstrukcji psychologicznej, na ile to zasługa Zen. Tak czy inaczej Zen spotęgował te doznania. Lekko wkurzające to jest. Czasem nawet bardzo wkurzające. Ale wyboru nie mam.
• Czasem najlepszą pracą jaką wykonuję jest mycie talerzy.

 

3. Czy zna Pan/Pani swoją tożsamość?
O co konkretnie chodzi? Jak jest definiowana tożsamość? Chodzi o tożsamość psychologiczną, społeczną, narodową, osobistą? O jaką tożsamość chodzi? Ponieważ nie wiem czego dotyczy pytanie, nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć.
Domyślam się, że może chodzić o następujące kwestie:
• Pytanie ma zbadać potencjalne zaburzenia tożsamości religijnej, kulturowej – stoi za tym , jak mniemam, następujące rozumowanie - skoro „odbiło” mi na egzotykę, muszę mieć kłopoty z określeniem się w danej kulturze, religii, może narodowości. Więc powinienem nie za bardzo wiedzieć jaką mam tożsamość. Jeśli badacz uzna taki wniosek za poprawny, to raczej kłopot badacza niż mój. Zen nie jest niczym egzotycznym – dodam tylko dla uspokojenia. Nie mniej egzotycznym niż każda inna religia z jej rytuałami. Równie egzotyczny jest katolicyzm w Afryce czy Chinach. Zresztą w naszym kraju także.
• Drugie domniemanie jakie może stać za tym pytaniem jest takie, że niezbyt dobrze czuję się we własnej skórze (czyli mam zaburzoną tożsamość psychologiczną) i to popchnęło mnie do oddania się tajemniczym i niezbyt pasującym do naszej kultury praktykom, ogólnie szukam tańszej formy psychoterapii. Jeśli to jest prawda, niestety muszę powiedzieć, że dość dobrze wiem kim jestem. Jednym z elementów mojej tożsamości psychologicznej jest fakt, że jestem uczniem Zen. Choć może trochę, albo dużo psychoterapii by mi się przydało. Nie wiem.
• Trzecie domniemanie jakie może być za tym pytaniem: w Buddyzmie jest koncepcja „braku ja” albo  „nieistnienia ja”, a więc skoro ktoś uważa taką koncepcję za prawdziwą, pewno ma zaburzony obraz samego siebie. Jeśli to jest prawdą, to wynika tylko ze złego rozumienia koncepcji „:nieistnienia ja”, ale w tej ankiecie nie czas i miejsce, aby tłumaczyć, że takie domniemanie nie jest prawdziwe. Brak tu miejsca na tłumaczenie koncepcji „ja” w Zen czy Buddyzmie. Zresztą pytanie nie tego dotyczy. Zresztą i tak nie potrafiłbym tego zrobić. W tym wypadku mogę powiedzieć tyle tylko, że mam dość dobrą samoocenę, potrafię powiedzieć w czym jestem dobry, a co mi nie wychodzi. Zatem znam swoją tożsamość dość dobrze. Tożsamość psychologiczną.

Buddyzm, jak mniemam, może zaburzać poczucie własnej tożsamości. No, bo w innym wypadku skąd by się wzięło takie pytanie? Zresztą prawidłowo. Zen zaburza poczucie tożsamości. Ale to jest w nim akurat jedną z największych zalet. Umożliwia odpuszczenie większości, a przynajmniej większości kompletnie bzdurnych identyfikacji. Umożliwia życie bez tożsamości. Okazuje się, że można żyć „pełną piersią” nie mając tożsamości. Jakby mi nie wierzono, polecam lekturę Edwarda Stachury „Fabula rasa” i jego opowieści o „człowieku – nikt” czyli kimś bez tożsamości. Dramatyzmu sytuacji dostarcza fakt, że kiedy do Stachury wróciła „tożsamość” zwykła, nie potrafił z nią już żyć i popełnił samobójstwo. Cóż, manipulacje z tożsamością mogą być groźne. Dlatego bardzo ważne jest aby mieć przewodnika na drodze i stałą praktykę osobistą i z innymi oraz dostęp do nauki. Czyli znaleźć schronienie w Buddzie, Dharmie i Sandze. Ale nie wiem jak to przełożyć na język badań socjologicznych.

Wracając do kwestii tożsamości, pierwsza z brzegu tożsamość - jestem Polakiem, jednak nie specjalnie się sprawą mojej narodowości zajmuję. Podobnie jak innymi elementami mojej tożsamości. To przypadek, tak jak: nazwisko, miejsce urodzenia, zdolności, kolor oczu, wzrost, pochodzenie społeczne, inteligencja (o ile ją mam), płeć, wiele chorób (bo wszak uwarunkowane genetycznie są), zmienność nastrojów (znowu genetyka), emocje i wiele, wiele innych rzeczy. Wszystko - czysty przypadek. W tym wypadku jestem absolutnym zwolennikiem „religii” Stanisława Lema, który nie wierzył w Boga, wierzył za to w „świętą statystykę”. Jestem więc produktem prawdopodobieństwa i statystyki. Ani dobrze, ani źle. Jestem jednak także czymś więcej. Jestem przestrzenią, miejscem, ekranem, na którym swoje dzikie pląsy owa „święta statystyka” wyczynia, albo może bardziej „zenowsko” przejawem „siły życiowej” jak pisał Roshi Uchiyama. Może więc pytanie powinno brzmieć: „Czy tożsamość zna mnie?”, bo to dwie strony tego samego medalu. Ja znam moją tożsamość, a Tożsamość zna mnie. I przyglądamy się sobie z krótkimi przerwami na relaks.

Konkluzja jest zatem taka: jeśli mam rzetelnie odpowiedzieć na pytanie muszę znać definicję słowa „tożsamość” jaka jest przyjęta na potrzeby tej ankiety. Strzelając „w ciemno” mogę odpowiedzieć, że znam swoją tożsamość. Ale to będzie równie poprawna odpowiedź jak następujące: „nie znam swojej tożsamości” albo też „nie wiem czy znam”. Do wyboru. Jak będzie pasować, żeby wyniki ankiety wyszły jak należy.

Umówmy się, że znam swoją tożsamość, ale wciąż szukam Tożsamości. Choć ją też znam. Ale tak nie do końca.

 

4. Czy uważa się Pan/Pani za osobę szczęśliwą?

W przypadku szczęścia pytanie „zero – jedynkowe” jest, moim zdaniem, niepoprawnie zadane. Szczęście nie jest jak ciąża: że się albo jest, albo nie jest w ciąży. Szczęście to stan o różnych natężeniach. Sugeruję pytanie: „W jakim stopniu na skali 11 punktowej jestem szczęśliwy?” - będzie łatwiej porównać z innymi wyznaniami, a do tego lepiej odda naturę szczęścia.

Ponieważ żywo, także zawodowo, zajmuje mnie problematyka szczęścia i wszystkiego, co do szczęścia prowadzi, parę słów o tym jak Zen wiąże się ze szczęściem. Rzecz jasna moim zdaniem, na ten moment, w tym dniu, kiedy to piszę.

O ile dobrze pamiętam w literaturze psychologicznej są obecne dwa nurty badawcze. Pierwszy z nich to nurt hedonistyczny czyli upatrujący szczęścia w dobrym życiu. Drugi, to nurt eudajmonistyczny czyli definiujący szczęśliwe życie jako życie sensowne. Każdy z tych nurtów ma solidne oparcie w badaniach. Nie wiadomo więc czym naprawdę jest szczęście. A jak w Zen? Tak naprawdę nie wiem.

Myślę, że Zen to metoda osobistego dążenia do szczęścia poza przyjemnościami, dobrym życiem, a nawet poza życiem sensownym. Poza kategoriami dobra i zła. Szczęścia ostatecznego. Zen daje metodę, która pokazuje nam jak znaleźć szczęście w każdej chwili, niezależnie od tego, co w tej danej chwili się dzieje. Szczęście jest nawet w bólu nóg, pleców podczas siedzenia pod pustą, białą ścianą. Nawet w załamaniu i rozpaczy. Ono tam jest i czeka. Jest tam o wiele więcej, świat cały i wieczność zarazem. Tyle, że trudno to nazwać. A tym bardziej zmierzyć.

Wracając do ankiety. W sensie absolutnym jestem absolutnie szczęśliwy, w sensie relatywnym, mam masę kłopotów, smutków i innych różności będących zaprzeczeniem szczęścia, co kompletnie przeżywania szczęścia nie wyklucza, a nawet je wzmacnia. Może tak: jestem absolutnie szczęśliwy, bo mogę przeżywać rozpacz i nieszczęścia. Na tym moja wolność i człowieczeństwo polega. Mam wszystko, obydwa bieguny życia: czarny i biały. Mam wszystkie smaki, które są jednym smakiem, to jest szczęście. Przy tym nie ma najmniejszego znaczenia za jaką osobę się uważam. Taki jestem. Pełny jak gdyby.
Znowu pozostawiam wybór odpowiedzi autorowi ankiety. Dla celów statystycznych sugeruję przyjąć odpowiedź: Tak, uważam się za osobę szczęśliwą.
A może lepiej będzie, jeśli będę nieszczęśliwy? Hmmm, nie wiem.

 

5. Jak długo praktykuje Pan/Pani Buddyzm?
Albo 11 albo 5 lat, zależy jak liczyć. 11 lat temu po raz pierwszy zacząłem siedzieć (medytować), potem, pomimo tego, że siedziałem, nic kompletnie nie rozumiałem. A od paru lat, mam wrażenie, że coś się wyłania. Więc nie wiem od kiedy NAPRAWDĘ praktykuję Zen.  Może być, że jeszcze nawet nie zacząłem. Choć w sensie tego, co widać i można zmierzyć, liczby podane na początku tego akapitu mają zastosowanie. Podobnie dla celów rzetelnej analizy badawczej sugeruję przyjąć: 5 lat.
Sam jednak nie wiem od kiedy praktykuję Zen. Jak piszę, być może w ogóle nie zacząłem. Przypomina mi się opowiastka, kiedy ktoś pytał Mistrza ilu ma uczniów w klasztorze, w którym przebywało kilka tysięcy mnichów. Mistrz (jaki to był Mistrz nie pomnę, a nie chce mi się szukać w książkach) rzekł: „Kilku, najwyżej dwóch lub trzech”. Praktyka Zen to całe życie, od kiedy Zen zaczął lub zacznie moje życie wypełniać po brzegi, nie mam zielonego pojęcia.

 

6. Dlaczego Buddyzm?
Bo to jedyna praktyka dająca nadzieję, na zrozumienie mnie samego i świata, jedyna praktyka, jaką spotkałem, która taką nadzieję i, co najważniejsze, metodę daje. Głównie dlatego, że daje metodę na znalezienie odpowiedzi na najważniejsze pytania, a nie same odpowiedzi.

Kiedyś miałem kilka odpowiedzi na pytanie czemu zmieniłem religię. Dla porządku i może zaspokojenia ambicji badawczych przytoczę je tutaj. Tyle, że będzie to raport z historii, ponieważ aktualna odpowiedź brzmiałaby raczej – siadłem pod ścianą i tak zostałem. Czyli tak naprawdę nie wiem czemu. A teraz już nie mam wyboru – przesiąkłem Zenem.
A powody zmiany religii, jak kiedyś o tym myślałem:
• Praktyka katolicka nie oferowała mi kontaktu z Mistrzem. Nawet więcej, w regule kształcenia „duszpasterzy” nie było mechanizmu „tworzenia” nauczycieli duchowych. Był tam raczej mechanizm edukowania administratorów życia religijnego. Innymi słowy, nie miałem szczęścia spotkać w Katolicyzmie autentycznego Mistrza duchowego. Co więcej, im więcej poznawałem księży tym bardziej dochodziłem do wniosku, że pomysł na kształcenie księży, w ogóle nie bierze pod uwagę rozwoju duchowego, autentycznego rozwoju duchowego księży. Ani żadnego sposobu na weryfikację ich rozwoju. Prawdę mówiąc, egzamin z wielu nawet przedmiotów, długoletnie studia nie są mechanizmem weryfikującym poziom wglądu studentów. A taki mechanizm działał w jedynej religii jaka była dostępna w naszym kraju. Stąd już tylko krok do tego, aby ksiądz jedno mówił, a drugie robił. Co chyba było i jest częste. Stąd tylko krok, do tego, aby Ksiądz w ogóle nie rozumiał tego, co mówi. A tego znieść nie mogłem.
• Niektóre nauki Kościoła Katolickiego były obraźliwe dla mojego rozumu. Konkretniej mówiąc, nauki tych księży, z którymi miałem do czynienia, obrażały mój „głód wieczności”, że tak górnolotnie powiem. Nie byłem w stanie zrozumieć jak ma się zakaz seksu przedmałżeńskiego (o czym zawsze słyszałem, na każdej spowiedzi jaką miałem), do moich prób zrozumienia Boga. Nie byłem w stanie pojąć opowieści o barankach i krzewach winnych, których nigdy nie widziałem. I wiele, wiele innych. Nie miałem szczęścia trafić na autentyczny przekaz prawdy w tym, czego mnie uczono. A potem wymagano, żebym zapamiętał. Religia Katolicka miała jeden cel w moich oczach: wytłumaczyć mi jaki jest świat. Przekaz ten był pokrótce taki: będziesz dobry, wylądujesz w niebie, będziesz zły – idziesz do piekła. A to jest kompletna nieprawda. Teraz wiem, że religia katolicka nie sprowadza się do tego. Ale dostrzegłem to dopiero teraz, z drogi Zen. Wtedy nie miałem tego szczęścia.
• Głównym celem religii, każdej religii, jest dla mnie zmiana samego siebie, transformacja. A kościół katolicki skupił się, w moim przekonaniu, na innej funkcji religii – wyjaśnianiu świata. I pewno taki poziom wielu ludziom wystarcza. Mnie nie. Kościół nie oferował żadnej, naprawdę żadnej metody pracy nad sobą, może oprócz wzbudzania w sobie poczucia winy, uczenia się katechizmu na pamięć, uczestnictwa we mszy raz na tydzień czy tym podobnych praktyk. A takie praktyki były dla mnie dalece niewystarczające. Teraz wiem też i to, że jest wiele bogatych i pięknych praktyk w kościele, ale to wiem też dopiero od niedawna.
• Pokrótce może powiem, że Kościół ze względu na swoją masowość musiał uprościć przekaz, pójść na ilość etc. A skracając – nie miałem szczęścia spotkać autentycznych nauczycieli duchowych w kościele. Może teraz jest inaczej, może inni mają więcej szczęścia. Nie wiem. Ja mam wrażenie, że tacy nauczyciele tam są. Tyle, że ja nie miałem do nich szczęścia.
Dla systematyki badawczej kilka enumeratywnie podanych powodów:
• Powód pierwszy, bo tak wyszło. Jak większość spraw w moim życiu to przypadek, to i to jest przypadek. Tyle, że się ten przypadek przykleił i został.
• Powód drugi, bo mnie odrzuciło do religii katolickiej, o czym pisałem powyżej.
• Powód trzeci, bo jak się siądzie to się zrozumie, ale wytłumaczyć się nie da.
• Powód czwarty, bo jest Roshi, jakiego miałem szczęście spotkać na mojej drodze życia, a do tego, rzeczony Roshi, ma ochotę udzielać mi nauk. A jest on, Roshi, mieszanką tego co względne i absolutne. Tak pod ręką.
• Powód piąty, bo, jak każdy chyba, miałem kilka zakrętów i wiraży w życiu. Trzy raz zaczynałem życie od początku, od tak zwanego zera. Trudno w takich razach nie zauważyć pewnej nietrwałości i przemijalności świata. No i zacząć szukać tego co niezmienne.
• Powód szósty, kiedy po raz pierwszy przeczytałem coś o Zen, malutką książeczkę „Umysł Zen, umysł początkującego” wiedziałem, że kiedyś wpadnę w te sidła. A potem kilka zbiegów okoliczności, kilku przyjaciół usadziło mnie na dobre na poduszce przed ścianą.
• Powód siódmy, bo odkryłem, że jestem na tyle buńczuczny i niepokorny, że wydaje mi się, że być może uda mi się zrozumieć. Tyle, że potrzeba mi precyzyjnych drogowskazów i metody. A to Zen daje.
• Powód ósmy, ………………………………

 

7. Czy zmieniło się Pana/Pani życie pod wpływem Buddyzmu?

Nie mam pojęcia. Trzeba by spytać innych. Z tego, co do mnie dociera, to wpływ polega głównie na tym, że w miarę regularnie siedzę, jeżdżę na odosobnienia, czytam książki, mam w domu kąt do medytacji, czytam sporo książek o Zen, czasem bywam nieco bardziej uważny niż kiedyś. Nie wierzę w Boga, no i jestem absolutnie spokojny o zbawienie.
Ach, i na pewno stałem się też upierdliwy wobec pytań ciekawskich, a nie takich, które rzeczywiście mają na celu poznać drugą osobę, a jeszcze bardziej, że tak powiem „Prawdę”. Pytań ważnych dla zadającego te pytania, a nie dla mnie. Co być może było widać na przykładzie odpowiedzi na tę ankietę.

A inne rzeczy jak w odpowiedzi na pytanie numer 2.